📕 Jądro ciemności – streszczenie

Streszczenie

Autorem opowiadania jest Joseph Conrad, czyli właściwie Józef Korzeniowski. Jego pierwsza publikacja miała miejsce w 1899 r.

Część I

Pięciu mężczyzn płynie po Tamizie na statku “Nellie”. Dwóch z nich to narratorzy opowiadania. O jednym nie wiemy nic. Drugi zaś to marynarz Charlie Marlow, który w oczekiwaniu na odpływ zaczyna opowiadać o swojej podróży do Afryki w czasach podbojów kolonialnych. Charlie od dziecka interesował się mapami, były one jego hobby. Potrafił godzinami analizować kontury kontynentów. Zaintrygowała go największa rzeka Afryki – Kongo, która swym kształtem przypominała mu węża. Gdy dowiedział się o spółce handlowej, która tam działała, postanowił postarać się o pracę jako dowódca na jednym z jej parowców. Korzystając z protekcji ciotki, Charlie dostaje to stanowisko. Proces przygotowania do wyprawy do Afryki był dla Charliego nieco dziwny i złowieszczy, umowa przypominała wtajemniczanie w spisek. Lekarz, który go badał przed wyjazdem poprosił, aby na miejscu, Marlow obserwował zmiany stanu psychicznego ludzi tam przebywających.

W końcu pożegnał się z ciotką i wypłynął w rejs. Marlow wyjaśnia zebranym, że według niego kobiety żyją złudzeniami i bezmyślnie wierzą w to, co piszą w gazetach m.in. jakoby “zachód” niósł cywilizację ciemnym ludom afrykańskim. Ciotka traktowała go jako “wysłańca świata”. Marlowa drażniła taka postawa. Marynarz wyjawia, że przed samą podróżą odczuł lęk, tak jakby udawał się do “jądra ciemności”. Do Afryki udaje się na pokładzie francuskiego parowca. Gdy ten płynął wzdłuż brzegów czarnej i tajemniczej dżungli, marynarz miał wrażenie, że stoją w miejscu. Dżungla bowiem dzień w dzień wyglądała tak samo. Po trzydziestu dniach podróży statek dobił do jednej ze stacji spółki. To tam po raz pierwszy zobaczył jak traktowani są Murzyni pracujący przy budowie linii kolejowej. Byli wychudzeni i wycieńczeni. Pilnował ich strażnik z bronią. Marlow widział wielu, którzy umarli z przepracowania, w tym młodego chłopca, któremu tuż przed śmiercią Charlie wręczył kawałek suchego chleba. 

Marlow poznał w osadzie księgowego spółki, który był tak elegancko ubranym, mężczyzną, że na tle czarnych niewolników wyglądał jak człowiek z innego świata. To od niego Marlow dowiedział się o niejakim Kurtzu, czyli handlarzu mającym największe udziały w zyskach z handlu kością słoniową. Kolejne dziesięć dni marynarz spędził głównie w hacie buchaltera. Gdy nadeszła karawana wyruszył z nią w długą pieszą podróż do stacji centralnej, którą zarządzał dyrektor spółki. Marlow dotarł tam po 15 dniach marszu. Poznał dyrektora i zastanawiał się nad jego tajemnicą, gdyż był on kupcem bez wykształcenia, a stacja przez niego zarządzana była w opłakanym stanie. Ludzie czuli wobec niego niepokój, co było dla niego atutem. Ponadto był on odporny na trudne afrykańskie warunki. Marlow przypuszcza jednak, że w tym człowieku nie było po prostu niczego. Dyrektor sam kiedyś powiedział: 

“Ludzie, którzy tu przyjeżdżają nie powinni mieć wnętrzności.”

Dyrektor w rozmowie z Marlowem wspomina o Kurtzu i stwierdza, że to jego najlepszy agent i wyjątkowy człowiek. Dodaje też, że krążą pogłoski, iż Kurtz jest chory.

Marlow dostał 3 miesiące na naprawą parowca, który znajdował się na dnie rzeki, lecz został wydobyty. Miał okazję obserwować stosunki panujące w kolonii i ze smutkiem zauważył, że białymi zawładnęła chciwość – myśleli oni jedynie o tym, jak zwiększyć swoje udziały w zyskach z handlu kością słoniową. W tym celu knuli intrygi i spiskowali. 

“zaraza głupiej chciwości przenikała to wszystko jak trupi zapach.”

Marlow był świadkiem chłosty jednego z Murzynów, który został oskarżony o podalenie słomianej chaty. Ponadto znów słyszał o Kurtzu iż:

“To nadzwyczajny człowiek. On jest wysłańcem litości i nauki, postępu i diabli wiedzą czego tam jeszcze.”

Marlow coraz bardziej chciał spotkać owego Kurtza i przekonać się jaki jest na prawdę.

Część II

Charlie, leżąc na pokładzie parowca słyszał rozmowę w której kierownik wyprawy i jego siostrzeniec poruszali wpływy Kurtza w firmie. Byli oni przerażeni, że jedna osoba może “wodzić wszystkich na pasku”.  Marlow słyszy też urywki zdań o jakimś innym osobniku w firmie, który zagraża ich interesom, przez co rozmówcy chcą się go pozbyć, twierdząc, iż wygrywa najsilniejszy, a w Afryce i tak są oni bezkarni.

“Wszystko, wszystko można zrobić w tym kraju (…) Nikt tutaj, rozumiesz, t u t a j, nie może zachwiać twojego stanowiska. A dlaczego? Bo wytrzymujesz ten klimat, przetrwasz ich wszystkich.”

Marlow i towarzysze wyruszyli w podróż do stacji Kurtza. Wyprawa była męcząca, a parowiec często osiadał na mieliźnie. Powiększono więc załogę o kilku silnych Murzynów – ludożerców, którzy pomagali w pracy. Charlie nie sądzi jak pozostali, iż są oni nieludzcy. Z uznaniem przygląda się ich pracy, a w szczególności palacza.

Podróżnicy w trakcie postoju odnajdują księgę żeglarską a wraz z nią dziwną wiadomość, iż powinni się spieszyć, lecz mimo to płynęli ostrożnie. Niestety w trakcie podróży zostali napadnięci przez tubylców. Zginął sternik oraz palacz. Marlow zastanawiał się, czy rzekomo chory Kurtz będzie jeszcze żył, gdy do niego dotrą. Wyobraża go sobie jako człowieka utalentowanego, niosącego czarnym kaganek cywilizacji i postępu. 

Marlow kontynuował swą opowieść i oznajmił zebranym, iż Kurtz, będąc jeszcze w Europie dostał rozkaz przygotowania wytycznych dla “Towarzystwa Tępienia Dzikich Obyczajów”. Pod płaszczykiem wzniosłych celów, krył się ten prawdziwy, sprowadzający się do wytępienia ludności tubylczej. 

Marlow w końcu dotarł do celu, gdzie przywitał ich Rosjanin, sprawujący opiekę nad chorym Kurtzem, o którym powiedział: „Z tym człowiekiem się nie rozmawia, jego się słucha!” „Ten człowiek wzbogacił mi duszę!”

Część III

Marlow dowiedział się, że Kurtz stworzył własne wojsko sformowane z Murzynów. Zobaczył też palisady z nabitymi na nie głowami czarnych. Młody Rosjanin, zafascynowanym Kurtzem, tłumaczył marynarzowi, że to głowy buntowników. Marlow był zdumiony jak wielką władzę miał Kurtz i że był tutaj traktowany jak bóg. W końcu ujrzał osobę, która go tak intrygowała. Kurtz został wniesiony na noszach i mimo zmęczenia chorobą, przemówił potężnym głosem do zebranych. Ciągle miał władzę nad ludem.

Później Kurtz został umieszczony na statku w jednej z niewielkich kajut, a opieka nad nim zostaje powierzona Marlowowi. Gdy wypłynęli, Charlie dostrzegł na brzegu piękną Murzynkę, która była kochanką Kurtza. Na jej twarzy widać było smutek.

Charlie dowiedział się, że to Kurtz rozkazał wcześniej zaatakować ich statek. Chciał w ten sposób opóźnić jego przybycie. Dzięki temu zyskałby cenny czas na wykonanie swoich planów co do zbiorów kości słoniowej. Nawet teraz, w ciężkim stanie,  podczas podróży do domu snuł wizje powrotu do dżungli. Kurtz czuł, że umiera, więc wręczył Charliemu wszystkie dokumenty i fotografie. Kilka dni później Kurtz umarł.

“(…) z szeptem, który nie był głośniejszy od tchnienia: “Zgroza! Zgroza!”

Dla Charliego, Kurtz był kimś, kto ostatecznie wygrał. 

„Było to potwierdzenie, moralne zwycięstwo okupione niezliczonymi klęskami, obrzydliwym przerażeniem, obrzydliwym dosytem. Ale to było zwycięstwo!”

Marlow tłumaczył, że właśnie dlatego został przy nim do końca i w pełni wykonał jego wolę. Gdy dotarł do Brukseli, oddał część dokumentów właścicielom spółki a część dziennikarzom.

Oddał też raport sporządzony przez zmarłego, lecz wcześniej Marlow usunął z niego postscriptum, w którym Kurtz stwierdził, że dzikich tubylców należy wytępić. Marlow rozmawiał też z kuzynem Kurtza i dowiedział się od niego, że był on właściwie wielkim muzykiem. Jednak w innych rozmowach słyszy inne wersje, że był dziennikarzem albo malarzem. Charlie spotkał się też z narzeczoną Kurtza, której wręczył jego prywatne listy. Marynarz nie wyprowadził dziewczyny z błędnego przekonania co do wielkości  i wyjątkowość jej narzeczonego. Gdy dziewczyna zapytała go o ostatnie chwile jej ukochanego, Marlow skłamał, iż ostatnim co powiedział przed śmiercią, było jej imię. Marlow takimi słowami wyjaśnia dlaczego ukrył prawdę o działalności Kurtza w Afryce:

„Nie mogłem jej powiedzieć – byłoby się zrobiło za ciemno – beznadziejnie ciemno …”