📕 Latarnik – streszczenie lektury

Streszczenie

Autorem noweli jest Henryk Sienkiewicz. Po raz pierwszy ukazała się ona na łamach Niwy w 1881 r.

Treść utworu została oparta na prawdziwych wydarzeniach. Akcja rozgrywa się w latach 70. XIX wieku.

Akcja rozgrywa się w miejscowości Aspinwall w Panamie. Obecnie nazywa się ona Colon.

Pewnego dnia miejscowy latarnik zaginął bez śladu. Miejscowi twierdzili, że pewnie zabrała go fala, gdy stał na skałach. Tak czy owak powstał duży problem, gdyż bez latarnika latarnia nie mogła funkcjonować a była ona konieczna ze względów bezpieczeństwa. Bez niej statki mogły się rozbić o skały.

Trzeba dodać, że Aspinwall znajdowało się przy Kanale Panamskim i panował tam bardzo duży ruch. Zadanie znalezienia nowego latarnika spadło na amerykańskiego konsula w Panamie, pana Izaaka Falconbridge’a. Wtedy to właśnie Amerykanie zarządzali Kanałem Panamskim. Konsul miał tylko 12h na znalezienie następcy. Dodatkowym utrudnieniem było to, że praca latarnika nie należała do najłatwiejszych. Latarnik musiał być skrupulatny i odpowiedzialny. Nie mógł opuszczać stanowiska pracy. Jedzenie było mu dowożone. Jedynie w niedzielę mógł on opuszczać latarnię. Była więc to praca niemal niewolnicza.

To wszystko sprawiło, że szanse na szybkie znalezienie następcy spadły niemal do zera, gdy nagle u konsula pojawił się Polak o nazwisku Skawiński. Do końca noweli nie poznamy jego imienia. Miał on 70 lat, postawę żołnierza i zgłosił swoją kandydaturę na stanowisko latarnika. 

Konsul rozmawiając z nim dowiedział się, że spędził on większość życia na tułaczce. Uczestniczył w wielu konfliktach zbrojnych. Amerykanin odparł, że ktoś kto pracuje w latarni powinien lubić siedzieć na miejscu. Skawiński wyjaśnił, że po prostu szuka już odpoczynku. Okazało się też, że przez 3 lata służył na wielorybniku; miał więc jako takie pojęcie o żegludze morskiej oraz roli i funkcjonowaniu latarni. Na pytanie czy ma doświadczenie w jakiejś służbie rządowej, Skawiński wyjął stary, wypłowiały zawiniątek.

— Oto są świadectwa. Ten krzyż dostałem w roku trzydziestym. Ten drugi jest hiszpański z wojny karlistowskiej; trzeci to legia francuska; czwarty otrzymałem na Węgrzech. Potem biłem się w Stanach przeciw południowcom, ale tam nie dają krzyżów — więc oto papier.

Konsul miał jednak pewne wątpliwości co do Skawińskiego. Zastanawiał się czy w jego wieku poradzi sobie z wychodzeniem na szczyt latarni po tak wielu schodach. Jednak za namową Skawińskiego przyjął go do pracy, którą musiał zacząć tego samego dnia. Amerykanin ostrzegł Polaka, że za jakiekolwiek uchybienie w obowiązkach zostanie zdymisjonowany.

Wieczorem latarnia ponownie rozświetliła niebo. Tym razem z innym latarnikiem. Skawiński stojąc na szczycie wieży rozmyślał.

“Czuł on coś takiego, co czuje szczuty zwierz, gdy wreszcie schroni się przed pogonią na jakiejś niedostępnej skale lub w pieczarze. Nadszedł nareszcie dla niego czas spokoju. Poczucie bezpieczeństwa napełniło jakąś niewysłowioną rozkoszą jego duszę. Oto mógł na tej skale po prostu urągać dawnemu tułactwu, dawnym nieszczęściom i niepowodzeniom. Był on naprawdę jak okręt, któremu burza łamała maszty, rwała liny, żagle, którym rzucała od chmur na dno morza, w który biła falą, pluła pianą — a który jednak zawinął do portu. Obrazy tej burzy przesuwały się teraz szybko w jego myśli w przeciwstawieniu do cichej przyszłości, jaka miała się rozpocząć.”

Skawiński nie kłamał mówiąc, że jest tułaczem. Imał się prawie wszystkich zawodów.

“Pracowity i uczciwy, nieraz dorabiał się grosza i zawsze tracił go wbrew wszelkim przewidywaniom i największej ostrożności. Był kopaczem złota w Australii, poszukiwaczem diamentów w Afryce, strzelcem rządowym w Indiach Wschodnich. Gdy w swoim czasie założył w Kalifornii farmę, zgubiła go susza; próbował handlu z dzikimi plemionami zamieszkującymi wnętrze Brazylii: tratwa jego rozbiła się na Amazonce, on sam zaś bezbronny i prawie nagi tułał się w lasach przez kilka tygodni, żywiąc się dzikim owocem, narażony co chwila na śmierć w paszczy drapieżnych zwierząt. Założył warsztat kowalski w Helenie, w Arkansas, i — spalił się w wielkim pożarze całego miasta.

Następnie w Górach Skalistych dostał się w ręce Indian i cudem tylko został wybawiony przez kanadyjskich strzelców. Służył jako majtek na statku kursującym między Bahią i Bordeaux, potem jako harpunnik na wielorybniku: oba statki rozbiły się. Miał fabrykę cygar w Hawanie — został okradziony przez wspólnika w chwili, gdy sam leżał chory na „vomito”. Wreszcie przybył do Aspinwall — i tu miał być kres jego niepowodzeń. Cóż go bowiem mogło doścignąć jeszcze na tej skalistej wysepce? Ani woda, ani ogień, ani ludzie. Zresztą od ludzi Skawiński niewiele doznał złego. Częściej spotykał dobrych niż złych.” 

Teraz, będąc na wysepce, miał nadzieję, że nastaną spokojne lata a ciążące nad nim fatum odejdzie. Wierzył bowiem, że prześladuje go pech, jakaś nieczysta siła. Pytany o źródło niepowodzeń, wskazywał na Gwiazdę Polarną i mówił, że nieszczęście idzie stamtąd. Skawiński podnosił się po każdej porażce. Mimo licznych niepowodzeń, zachował dobre serce. Na Kubie podczas epidemii, rozdawał chorym chininę, nie zostawiając nic dla siebie, przez co sam zachorował. Przez lata swojego życia miał nadzieję, że karta w końcu się odwróci.

Tak dożył starości a nieszczęścia ciągle na niego spadały, przez co stał się zrezygnowany i skłonny do nostalgii: gdy słyszał śpiew ptaków zaczynał rozmyślać o młodości. Jedyne o czym marzył na starość to spokój i zakończenie tułaczki. Stojąc w nocy na szczycie rozświetlonej wierzy w końcu czuł że osiągnął upragniony cel i jego marzenie się spełniło. Tej nocy jeszcze długo spoglądał w morze.

Kolejne dni upływały Skawińskiemu spokojnie a przez to szczęśliwie. Skrupulatnie wykonywał swoje obowiązki, czyścił soczewki, zapalał latarnię. W wolnych chwilach kontemplował i oglądał przepływające statki. Jednostajne i monotonne życie latarnika dawało mu dużo radości. Zaprzyjaźnił się z mewami, które często dokarmiał resztkami jedzenia.

Jedynym dniem, który różnił się od pozostałych, była niedziela, gdyż wtedy z rana opuszczał wysepkę. Zakładał granatową strażniczą kapotę do której przyczepiał wszystkie swoje medale i tak odświętnie wystrojony udawał się do kościoła. Wychodząc po mszy słyszał jak miejscowi mówili do siebie: „Porządnego mamy latarnika”. — „I nie heretyk, chociaż Yankee!”

Po powrocie do szukał informacji z Europy w gazecie pożyczonej lub kupionej od Falconbridge’a. W tygodniu Skawiński nie opuszczał latarni. Jedzenie dowoził mu codziennie strażnik Johns. Gdy przyjeżdżał, latarnik schodził z wieży, aby z nim pogawędzić. Później jednak zdziczał i przestał się pojawiać. O tym, że żyje świadczyło światło latarni i znikające sprzed niej jedzenie. Skawiński zapadł w letarg, półsen. Całkowicie zobojętniał na wszystko w około. Pogodził się z faktem, że resztę dni swojego życia spędzi w tym miejscu. Przestał nawet tęsknić za ojczyzną. Stał się zobojętniały. 

Pewnego dnia Skawiński jak zwykle zszedł na dół po jedzenie. Ku jego zaskoczeniu, oprócz jedzenia, była tam jeszcze jedna paczka na której widniały znaczki z USA. Po rozpakowaniu okazało się, że były w niej książki. Ku jego jeszcze większemu zdziwieniu, były to książki w języku polskim.

Wtedy Skawiński przypomniał sobie, że niegdyś czytając Heralda, dowiedział się o powstaniu polskiego towarzystwa w Nowym Jorku, któremu przesłał pół swojej pensji. Teraz towarzystwo odwdzięczyło mu się przesyłając te oto książki. Było to dla niego wielkie przeżycie, gdyż od lat nie czytał nic po polsku ani nie rozmawiał z żadnym rodakiem.

Skawiński podniósł jedną z książek, otworzył ją i zaczął głośno czytać: “Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie”

Jego głos zaczął się łamać a oczy zaszły mgłą ze wzruszenia. Padł na kolana i zaczął płakać. Od 40 lat nie był o ojczyźnie i nawet nie słyszał rodzimego języka. Teraz będąc na tej wysepce miał wrażenie, że jego ukochany język polski sam go odnalazł.

Staruszek całkowicie oddał się czytaniu. Po jakimś czasie nadleciały mewy, które zwykle o tej porze dostawały od niego pokarm. Tym razem Skawiński oddał im całe swoje jedzenie i natychmiast wrócił do czytania. Słońce zaczęło już zachodzić a litery stawały się nieczytelne dla jego starych oczu. Skawiński oparł głowę o skałę i we śnie przeniósł się do swej ukochanej ojczyzny, “do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”.

Zbudził go dopiero strażnik Johns, który spytał czy ten jest chory. Skawiński odparł, że nie. 

“— Nie zapaliliście latarni. Pójdziecie precz ze służby. Łódź z San–Geromo rozbiła się na mieliźnie, szczęściem, nikt nie utonął; inaczej poszlibyście pod sąd. Siadajcie ze mną, resztę usłyszycie w konsulacie. Stary pobladł: istotnie nie zapalił tej nocy latarni.”

“W kilka dni później widziano Skawińskiego na pokładzie statku idącego z Aspinwall do New Yorku. Biedak stracił posadę. Otwierały się przed nim nowe drogi tułactwa; wiatr porywał znowu ten liść, by nim rzucać po lądach i morzach, by się nad nim znęcać do woli. Toteż stary przez te kilka dni posunął się bardzo i pochylił; oczy miał tylko błyszczące. Na nowe zaś drogi życia miał także na piersiach swoją książkę, którą od czasu do czasu przyciskał ręką, jakby w obawie, by mu i ona nie zginęła…”